Tekst – B. Olewicz – Do albumu Andrzeja A. Sadowskiego

Dostąpiłem zaszczytu skreślenia kilku słów do długo oczekiwanego albumu prac profesora Andrzeja A. Sadowskiego.

Otwarcie wyznaję, że w dziedzinie malarstwa czy związanej z nim historii sztuki jestem laikiem, lub też bardziej nieskromnie, fascynatem – amatorem. Owszem, lubię zwiedzać galerie lub kolekcje muzealne w każdym kraju, do którego uda mi się dotrzeć. Ale ani godziny tam spędzone, ani albumy monograficzne z reprodukcjami, ani nawet te kilka współczesnych płócien, które zdobią ściany mego lokum, nie upoważniają mnie do jakiejkolwiek oceny czyjegoś dorobku w sztuce tak trudnej i wymagającej, jaką jest malarstwo. W tych wędrówkach przez wieki lub dziesięciolecia zmagań artystów z modami, tworzywem, warsztatem, czy emocjonalną ekspresją, która musiała towarzyszyć im w procesie utrwalaniu abstrakcyjnej wizji bądź „kadru” fikcyjnej czy też realnej sytuacji, jedynym kluczem do mych fascynacji jest owa nieokreślona magia, która sprawia, że obraz podoba mi się lub nie. Ten pierwszy, zmysłowy, niemal podświadomy kontakt jest dla mnie bardzo ważny. To on sprawia, że w sali wystawowej mijam inne prace i pędzę do tego obrazu, który zarejestrowały moje oczy jako interesujący. Dopiero potem wkracza racjonalna analiza: kim jest artysta, w jakich latach tworzył, gdzie, co przedstawia ta praca i co takiego chce mi ten twórca powiedzieć.

Dokładnie według tego scenariusza przebiegło moje pierwsze spotkanie z malarstwem profesora Andrzeja A. Sadowskiego w jednej z warszawskich galerii, w czasach powszechnej dominacji tzw. grupy kolorystów. Utrwalona na płótnie hiperrealistyczna scena z ulicy włoskiego miasta podziałała na moje zmysły jak dawka halucynogenu. To było to! Wielki haust ożywczego tlenu. Oto dowód, że oko artysty znów odzyskało pełną ostrość i głębokość widzenia. Popis nieskazitelnego, niemal neorenesansowego warsztatu użytego do odwzorowania zupełnie współczesnego habitatu. Miejsce rozmytej malarskości post-impresjonistów zajmuje fotograficzna precyzja, cienie i refleksy światła we szkle. Paleta barw oddaje wiernie lokalny koloryt i porę dnia. Gapiłem się na to oszołomiony. Uświadomiłem sobie, że obok literatury faktu pojawia się w Polsce dwudziestowieczne realistyczne malarstwo dokumentujące z niemal kamerową rozdzielczością świat, w którym realnie egzystuję. I do tego ta nieskrywana miłość do motocykli i samochodów. Totalnie urzeczony bardzo pragnąłem poznać człowieka, który malował to, co siedziało ukryte w mojej głowie. Zawsze byłem człowiekiem przekornym, toteż kiedy w późnych latach 50-tych ubiegłego wieku, gdy większość artystów i odbiorców zakochała się w abstrakcjoniźmie, mnie zauroczył amerykański pop-art odwołujący się do prac Normana Rockwella, Edwarda Hoppera, precyzjonistów i innych XX wiecznych realistów.

Ukazanie fragmentu wiejskiego lub miejskiego krajobrazu, pracujących lub bawiących się ludzi, kompozycji przedmiotów – to odwieczne malarskie tematy. Oczywiście odnajdujemy je w dorobku Andrzeja Sadowskiego, ale ujęcie tematu i sposób jego prezentacji często nas zaskakuje. Od żywiołowych, niemal reportażowych scen z wyścigu Paryż-Dakar, przez dziwnie kadrowane podwórka z zaparkowanymi samochodami, aż po późne studium tynków domów na Malcie – jego sztuka zawsze zabiera odbiorcę w niezwykłą podróż. Nie agituje, nie bawi nas anegdotą, na pozór utrwala pospolite oczywistości: ulice, tłumy, wystawy sklepowe, architekturę. Po pewnym czasie dociera do mnie, że artysta w dyskretny sposób stara się uzmysłowić mi, że świat wokół mnie bez przerwy, niepostrzegalnie się zmienia. Ten sam portowy krajobraz, ten sam mały parking na jakimś rzymskim placyku, to samo leniwe popołudnie przelewające się po przykrytych płachtami straganach bazaru – to wszystko już nigdy nie będzie wyglądało tak, jak na obrazie. Jedno mrugnięcie powiek i wszystko ulega zmianie. To, co oglądam, to zawerniksowana przeszłość. Andrzej Sadowski, niby globtrotter na kolejnej wyprawie, dokumentuje wybrane sytuacje, ponieważ chce się z oglądającym podzielić tym co go zaintrygowało, zachwyciło. Na dodatek nie jesteśmy świadomi faktu, iż często artysta bawi się z nami. Znacznie później, w czasie rozmowy dowiedziałem się, że profesor w trakcie wielokrotnej obserwacji i dokumentacji wybranego miejsca, wyselekcjonowuje poszczególne ruchome obiekty i umieszcza je na obrazie w innych miejscach, niż miało to miejsce w rzeczywistości – de facto tworząc zatem fikcyjny, zmodyfikowany substytut rzeczywistości osadzonej w dobrze znanych i rozpoznawalnych miejscach. To taka niewinna, niedostrzegalna gra formalna, którą toczy twórca z realnym światem.

Obraz, nawet gdy nie jest manifestem, zawsze nosi znamiona odautorskiej wypowiedzi. Bywa, że pozostaje tylko osobistą refleksją malarza, taką subiektywną narracją z offu. Fotorealizm pozwala twórcy wycofać się do tyłu, zniknąć z płótna, skupiając uwagę widza na tym co chce mu pokazać. I kiedy szukamy i nie możemy znaleźć klucza do obrazu, może się okazać, że to tylko zaduma nad swoistym pięknem i brzydotą otoczenia, nad przemijaniem rzeczy, nad cyklicznością pór dnia lub fascynacja zmieniającym się światłem, które przynoszą zmiany pogody. Fotorealizm to często także wysoko założona przez samego twórcę poprzeczka warsztatowa. To, co oglądam, to finał zmagań, z których malarz wychodzi zwycięsko lub nie. To do mnie silnie przemawia. To mnie porusza. Cyfrowy świat wokół mnie zlewa się z analogową sztuką artysty w jedność. Staje się częścią mojego życia. Obrazy przestają być formalną zabawą, dekoracyjną plamą czy matematyczną kompozycją geometrycznych elementów. Ta sztuka nie porządkuje entropii świata. Ona jest jej lustrem. W malarstwie Andrzeja Sadowskiego nie ma krzykliwej marketingowej prowokacji pop-artu. Jest pokora dla klasycznych zasad kompozycji i pewna skromność środków. Ta skromność i niezwykłe umiejętności warsztatowe widoczne w jego pracach są przedmiotem mego nieskrywanego podziwu. Na Boga, ile cierpliwości ma człowiek, który jednym włosem z pędzla trzy miesiące maluje zawiłe perskie wzory na kilkunastu dywanach, którymi handluje sprzedawca na bagdadzkim suku. To niewielki gwasz, ale pewnie chciałby go posiadać de Medici.

Andrzej Sadowski urodził się chyba za późno i trochę nie pasuje do czasów, w których wszystko trzeba robić szybko, a sukces artystyczny mierzy się ilością prowokacji i skandali wywoływanych przez artystę. Należy do minionego świata wielkich mistrzów, którzy konkurowali ze sobą jakością tworzonych arcydzieł, sekretnie strzegli swoich malarskich sekretów a ich obrazy stawały się ikonami sztuki, encyklopedycznymi ilustracjami i odwiecznym pożądaniem kolekcjonerów. Może w tamtym świecie innych zasad i innej hierarchii wartości profesor czułby się lepiej. Z drugiej strony jednak nie było wtedy tylu pięknych motorów i aut. Zaś mnie nie byłoby wówczas stać na jego obraz.
Cieszę się, że mogłem poznać osobiście Andrzeja Sadowskiego, obcować z jego sztuką i poznawać jego fascynacje innymi kolegami po pędzlu i palecie. Godzinami mogę słuchać, gdy opowiada o miejscach, które widział i które koniecznie musi namalować. I mam nadzieję, że tak się stanie.

Warszawa, 2012
Bogdan Olewicz